wtorek, 28 maja 2013

Rozdział 1

  Do moich nozdrzy dostał się zapach świeżego powietrza, pierwszy raz od kilku dni mogłam samodzielnie oddychać. Spróbowałam unieść ciężkie powieki, gdy się udało ujrzałam nad sobą Kathy, która od razu rozpromieniła się na mój widok. Delikatnie się uśmiechnęłam, chciałam dodać jej otuchy wiedziałam, że całe to zdarzenie nie było dla niej łatwe.
- Lawrence, już wszystko jest dobrze. - szepnęła mi na ucho.
Chciałam odpowiedzieć jej by się nie martwiła, ale sama byłam jeszcze w lekkim szoku i nie mogłam mówić. Wiedziałam gdzie jestem i dlaczego tu jestem, dlatego spokojnie leżałam na szpitalnym łóżku. Kiedy tak wpatrywałam się w śliczne oczy Kathy z tyłu głowy poczułam mocne ukłucie
odruchowo ścisnęłam białe prześcieradło z całej siły. Gdy zwolniłam uścisk na materiale pozostały ślady po moich paznokciach, zastanawiałam się ile dni tu już spędziłam skoro teraz mam takie długie paznokcie. Dziewczyna chwyciła mnie za dłoń i ścisnęła delikatnie, nie chciała mnie zranić.
- Zawsze jestem i będę przy tobie. - powiedziała Kathy, aż ścisnęło mnie za serce i z oka poleciała łza.
Przyjaciółka natychmiast wyjęła chusteczkę z szafki obok i wytarła mój wilgotny policzek. Nie chciałam myśleć teraz o przyszłości  ważne jest, że ona jest przy mnie teraz kiedy jej potrzebuję.
- Dziękuje, że przy mnie jesteś. - szepnęłam prawie niedosłyszalnie.
Kathy lekko przytuliła się do mnie po czym odgarnęła kosmyk moich czarnych włosów. Spojrzała mi w oczy i wolno wstała by mnie nie przestraszyć nagłym ruchem. Pomachała do mnie i zniknęła za białymi drzwiami pokoju szpitalnego. Odprowadziłam ją wzrokiem, nie chciałam by odchodziła, ale nie jestem jedynym człowiekiem na Ziemii, który jej potrzebuje. Niespodziewanie Kathy weszła z powrotem do pokoju tym bardziej rozpromieniona w prawej ręce miała szarą bluzę.
- Law pora zabrać cię na spacer. - oznajmiła, podeszła do mnie i pomogła mi założyć ubranie.
Kiwnęłam głową na znak, że możemy już wyjść. Odepchnęłam się od posadzki, chwilę ustałam a potem runęłam na łóżko.
- Kochana, nie możesz chodzić teraz będziesz jeździła przez jakiś czas na wózku inwalidzkim. - wytłumaczyła Kathy, na jej twarzy pojawił się smutek.
Przez chwilę przestałam mrugać, dotarło do mnie co powiedziała moja przyjaciółka. Do pokoju weszła czarnowłosa pielęgniarka prowadziła ze sobą wózek inwalidzki. Uśmiechnęła się miło do mnie i szepnęła coś na ucho Kathy. Potem wyszła zostawiając nas same w głowie pozostał mi obraz czarnowłosej w białym kitlu, na którym jest napisane Szpital Medyczny na Manhatanie. Przyjaciółka pomogła posadzić mnie na wózku, przykryła mnie kocem i chwyciła za rączki fotelu.
- Kathy. - szepnęłam cicho do towarzyszki, chciałam by tylko ona to usłyszała.
- Słucham? - zapytała Kathy, nachyliła się do mnie.
- Mogłabyś przynieść mi gitarę? - odpowiedziałam przyjaciółce, samodzielnie wjechałam do windy.
Towarzyszka skinęła głową i zniknęła za zakrętem korytarza. Wcisnęłam przycisk na parter i wsłuchałam się w rytmiczną melodię, która zawsze leci w windzie. Spojrzałam na moje dłonie były bardzo blade, widać było tam zielone żyły. Winda nareszcie dotarła na sam dół, ja od razu wyjechałam z małego pomieszczenia i wyjechałam na zewnątrz. Zjechałam po schodach na krótką trawę, spojrzałam w górę i poczułam na policzku lodowatą kroplę deszczu. Wiatr rozwiał moje czarne włosy, podobnie zrobił z czerwonymi liśćmi. Tak bardzo pragnęłam wstać i zatańczyć w deszczu tak samo jak robiłam to gdy byłam mała. Pojechałam na środek dziedzińca i zatraciłam się we własnych myślach.
- Lawrence! - krzyknęła Kathy, gdy wyszła z wielkiego budynku.
- Tu jestem! - odkrzyknęłam, pomachałam do niej.
Przyjaciółka dobiegła do mnie z czarną gitarą, od razu wzięłam ją od niej i poprosiłam by zostawiła mnie samą. Szatynka uśmiechnęła się tylko i oddaliła. Nastroiłam odpowiednio instrument, zagrałam kilka chwytów. Zapoznałam się już ze strunami, spróbowałam sama wymyślić swoją piosenkę. Kiedy śpiewałam czułam się wspaniale, byłam taka wolna. Od razu na mojej twarzy zagościł uśmiech, próbowałam wymyślać tekst by pasował on do rytmu deszczu. Byłam już cała mokra milion kropelek zatrzymało się na moich czarnych kosmykach włosów.

***Harry***

  Nigdy więcej nie przyjadę do studia by menadżer mnie ochrzanił. Przecież my jesteśmy gwiazdami my tu rozkazujemy, a nie jakiś stary mężczyzna, któremu tylko na pieniądzach zależy. Wyszedłem zdenerwowany ze szpitala, w którym mieliśmy nagrać połowę teledysku. Chłopcy poprosili mnie bym nie marnował czasu tylko wymyślił nową piosenkę, ale z takim humorem to nie jest łatwe. Przechadzałem się dziedzińcem gdy usłyszałem ten głos ona był naprawdę, nie on był tylko w mojej głowie. Od razu podłapałem rytm i słowa tylko, że to był głos damski, a ja chyba aż tak tragicznie nie brzmię? Szedłem za tym głosem, aż w końcu doszedłem na środek dziedzińca, nie chciałem spławić piosenkarki więc schowałem się za wielkim krzakiem. Wyglądałem przez jakiś czas, dopóki dziewczyna nie skończyła, miała śliczne długie czarne włosy. Wreszcie podszedłem do niej, chyba mnie nie zauważyła, ponieważ nie podniosła wzroku. Dopiero teraz zauważyłem, że śliczna nieznajoma jeździ na wózku inwalidzkim. Nie przeszkadzało mi to, ale trochę się krępowałem stojąc tak przed nią. Podniosła na mnie wzrok i chyba delikatnie się uśmiechnęła, ale dlaczego chyba? Otóż nie widziałem jej twarzy, ponieważ zasłaniały ją czarne włosy.
- Cześć wiesz może gdzie jest toaleta? - stchórzyłem, bałem się jej powiedzieć, że przepięknie śpiewa.
- Szukasz jej na zewnątrz? - zachichotała cicho nieznajoma.
- Tak wyszło. - wytłumaczyłem drapiąc się po głowie.
Dziewczyna zaczęła grać kolejną piosenkę, nie znałem jej, ale brzmiała naprawdę ślicznie tak oryginalnie. Usiadłem obok niej na trawie, patrzyłem jej w oczy miała takie śliczne błękitne. Uśmiechnęła się delikatnie i uśmiechnęła się zachęcająco. Postanowiłem dołączyć się do innej piosenki. Nasze głosy razem brzmiały idealnie tak czysto, jakbyśmy byli jedną osobą. Gdy dziewczyna skończyła zagryzła lekko swoją wargę i odłożyła gitarę na trawę.
- Naprawdę pięknie śpiewasz i grasz. - skomplementowałem grę nieznajomej.
- Dziękuje ty też świetnie śpiewasz. - pochwaliła mnie dziewczyna.
- W końcu jestem w boybandzie. - odpowiedziałem arogancko, czasami moja natura mnie zaskakiwała.
Dziewczyna odwróciła wzrok, wiedziałem, że nie powinienem tego mówić, ale nie mogłem się powstrzymać. Chciałem jej zaimponować, chociaż mi to nie wyszło od razu zacząłem się czerwienić.
- Nie czerwień się. Przecież ja to rozumiem ty jesteś sławny i cię na to stać. - powiedziała wyrozumiale, spojrzała mi w oczy i delikatnie się uśmiechnęła.
- Przepraszam naprawdę nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. - wytłumaczyłem się speszony, ona tak na mnie działała.
- Nie szkodzi, powinnam już iść. - westchnęła smutno i zaczęła jechać w kierunku wejścia do szpitala.
- Jak się nazywasz?! - krzyknąłem do niej, jednak ona się tylko odwróciła i spojrzała na mnie tymi
swoimi oczami.
Zakochałem się w tych oczach i w tym uśmiechu. Aż mi serce ścisnęło, że taka piękna dziewczyna jak ona po prostu została tak ukarana przez Boga. Spojrzałem się ostatni raz na nią dopóki nie znikła za drzwiami, wtedy wyskoczyli z nich pozostali członkowie 1D. Louis jak oszalały gnał do mnie, a za nim roześmiany Niall. Dopiero teraz zauważyłem w ręce Lou kawałek pizzy. Momentalnie zacząłem się śmiać, zapominając o niedawno poznanej piękności. Blondyn wyprzedził przyjaciela i momentalnie zastawił mu drogę, szczerząc się do mnie przy tym.
- Łyso panie Tommo? - krzyknął do pędzącego przed siebie Louis'a.
Po chwili sam wstałem, dołączając się tym samym do kłótni przyjaciół. Obrzarciuch popchnął mnie na Lou, który zaskoczony popchnął mnie w krzaki, w których wcześniej się ukrywałem. Momentalnie zacząłem się śmiać, obserwując jak pozostali chłopcy wychodzą ze szpitala. Na twarzy Zayn'a widniał grymas połączony ze smutkiem, za to Liam był uśmiechnięty od ucha do ucha. Najwidoczniej nie przejmował się nastrojem przyjaciela. Od razu podniosłem się w górę i pobiegłem do przyjaciela, w roli "Hazza pocieszacz" byłem świetny, ponieważ to zawsze mnie się przytrafiały te najgorsze rzeczy. Objąłem mulata i zaprowadziłem na stronę, miałem nadzieję, że sam powie o co chodzi.
- Harry tam była Perrie obściskująca się z jakimś pacjentem. - wytłumaczył czarnowłosy, schował twarzy w dłoniach i usiadł na kamiennej murawie.
- Jak to była, z kim? - zapytałem z niedowierzeniem, przecież członkini LM nie widziała świata poza nim.
- Przytulała jakiegoś chłopaka. - pociągnął nosem, otarł łzy kapiące na zimną posadzkę.
- Mulat z ciebie, który się nigdy nie poddaje! - szepnąłem mu do ucha, by uświadomić mu jaki jest naprawdę.
- Harry, a co ty dzisiaj taki miły i hm.. zakochany? - zapytał podejrzliwie czarnowłosy, spojrzał na mnie.
- Widziałem śliczną dziewczynę. - mruknąłem cicho, nie chciałem by nikt więcej o tym wiedział.
- Ładny tyłek? Duże piersi? Ekstra buźka? - wypytywał Zayn, domyślałem się, że jakbym
odpowiedział na to wszystko "tak" to moja dziewczyna by była już zajęta.
- Nie, nie, tak. - rozmarzyłem się przez chwilę, przypominając sobie dzisiejsze spotkanie.
- Co ty w niej widzisz oprócz twarzy, a w ogóle co ona robi w szpitalu? - zaciekawił się mulat, podparł głowę łokciami.
- Ona jest na wózku inwalidzkim. - szepnąłem mu na ucho nie chciałem by sądził o niej źle.
- Wózek inwalidzki?! To śmieć! Harry co ty w niej widzisz! Nawet Bóg się od niej odwrócił! - wrzasnął oburzony czarnowłosy, zaczął się drzeć w niebogłosy.

***
Przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale to jest trudne tak świetnie pisać.
Nie chciałam by ta powieść była bajką z Disney'a tylko żeby odzwierciedlała ludzkie problemy.

niedziela, 26 maja 2013

Prolog

  Na zewnątrz było bardzo ciemno tylko latarnie dawały słabe światło na uliczki. Nie chciałam sama o tak później porze wracać do domu. Wyjęłam z torebki telefon i wybrałam numer pierwszej lepszej taksówki. W międzyczasie usiadłam na ławeczce, nie chciałam sama wracać do domu, ale z kimś czyli z jakimś mężczyzną z taksówki. Przecież byłam sama wszędzie i zawsze, wytarłam łzy z oczu.
Nie mogłam ich powstrzymać, same ciekły jak oszalałe. Cameron dwanaście lat temu zmarł przeze mnie.
  Około półgodziny potem wstałam z ławeczki i podeszłam do drogi właśnie zauważyłam samochód podjeżdżający na podjazd. Nareszcie moja taksówka przyjechała więc czym prędzej wsiadłam do niej i podałam adres kierowcy. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i ruszył jak najszybciej mógł. W sumie nie zależało mi na czasie, ale skoro kierowca wybrał sobie tempo to nie przeszkadzało mi to. Okolica była naprawdę śliczna wielkie bilbordy i galerie handlowe to wszystko czego kobieta może sobie to tylko zamarzyć, ale dla mnie liczyła się natura. Wiem gadam nielogicznie. Gdy dojechaliśmy zapłaciłam za dowóz i wysiadłam z samochodu. Wdrapałam się po schodach na górę i otworzyłam drzwi. W środku było ciemno zapaliłam światło i zamknęłam drzwi na kluczyk. Podeszłam do lodówki, otworzyłam ją i jak się spodziewałam zastałam tylko jedną kanapkę z serem. Od razu chwyciłam ją i zaczęłam jeść, dziwne jestem głodna a pracuje w takiej restauracji. Po skończeniu kolacji otworzyłam komputer i weszłam na twittera. Sprawdziłam wiadomości od znajomych, najwięcej było od Kathy "Dlaczego nie dzwonisz?! Coś się stało?!". Nie chciało mi się odpisywać na te wiadomości, wiedziałam, że się martwi, ale byłam tak zmęczona, że nie miałam siły. Zamknęłam komputer, odwiesiłam płaszcz i weszłam do łazienki na górze. Zapaliłam światło, zamknęłam drzwi na klucz i zaczęłam napuszczać wody do wanny. Włączyłam radio akurat na mojej ulubionej piosence. Po woli zdejmowałam
koszulkę, potem stanik od strony drzwi widać było tylko moje plecy. Potem zdjęłam spodenki i majtki byłam już całkiem naga, idealnie wanna była już cała pełna. Zanurzyłam się w wodzie po szyję, zamknęłam oczy i zaczęłam nucić piosenkę Rihanny. Usłyszałam odgłos otwierania drzwi na dole, od razu zerwałam się na równe nogi. Niestety mój pech sprawił, że poślizgnęłam się i uderzyłam głową o róg wanny. Potem wszystko zaczęło wirować, a mój ostatni obraz to krew na dłoni.

***Kathy***

  Drzwi były zamknięte na klucz, co za szczęście, że miałam drugą parę. Lawrence zawsze dzwoniła po pracy opowiadać jakie gwiazdy miała w pracy, ponieważ ja od niedawna już tam nie pracuję. Ręka mi się trzęsła jak wkładałam klucz do dziurki, a może nie zadzwoniła, bo nie żyje? Odpędzałam takie myśli, ale wiedziałam, że to może być jednak prawda. Chwyciłam za klamkę, popchnęłam drzwi i wleciałam do salonu jak oparzona. Zatrzymałam się przy kanapie przez chwilę nasłuchiwałam odgłosów z góry. Musi żyć skoro słychać radio z drugiego piętra. Przerażał mnie jej dom był ogromny i tajemniczy, połowa pokoi zamknięta na cztery spusty. A jeżeli tu kogoś
zamordowano? Z obawy przed mordercą zapaliłam wszystkie światła na parterze od razu poczułam się lepiej. Wytarłam pot z czoła i zaczęłam wspinać się na kolejne piętro. Wszystkie światła były zgaszone oprócz jednego w łazience. Nie chciałam przeszkadzać, ale naszły mnie myśli, że mogła się utopić więc co sił w nogach dobiegłam do drzwi i zaczęłam się z nimi siłować.
- Law! - krzyczałam przez drzwi, gdy nie chciały mi ustąpić.
Cisza, krzyknęłam jeszcze raz, cisza, krzyknęłam jeszcze kilka razy, cisza. Od razu zaczęłam panikować, waliłam w drzwi i wrzeszczałam co sił w płucach. Gdy zdałam sobie sprawę, że to na marne wyjęłam telefon z torby i wybrałam numer do szpitala. Podałam dokładnie adres i przyczynę mojego zachowania. Na szczęście mogłam liczyć na szybkie wsparcie, ponieważ pani z recepcji dobrze znała Lawrence. Zsunęłam się po drzwiach na zimną posadzkę. Nie mogłam dopuścić myśli, że ona nie żyje. Po moim policzku spłynęło kilka łez, od razu je wytarłam chusteczką. Jedyne co mogłam zrobić to czekać na pomoc. Zamknęłam oczy i zaczęłam głośno oddychać.
- Zostań ze mną. - wymruczałam, spojrzałam na swój nadgarstek było tam napisane "Stay" Law na swoim nadgarstku miała "With me".
Nie liczyłam czasu, nie miałam siły chciałam jakoś powstrzymać się od płaczu, ale to było nie możliwe łzy zbyt szybko ciekły na podłogę.
  Wreszcie usłyszałam otwieranie drzwi na dole, od razu zerwałam się na równe nogi i zbiegłam na parter. Tam ujrzałam kilku lekarzy, specjalny sprzęt i przygotowaną folię na jej zwłoki.
- Łazienka. - wyszeptałam, opadłam bezsilnie na czerwony fotel, pozostało mi tylko czekać.
Wszyscy natychmiast wbiegli po schodach, na dole było już całkiem cicho. Słyszałam z góry tylko krzyki i wywarzanie drzwi. Przygotowałam się na najgorsze, wstałam i podeszłam do schodów. Weszłam na górę musiałam ją zobaczyć, podeszłam do lekarzy, którzy nie chcieli mnie przepuścić. Wyrwałam się i zaczęłam przepychać, ale oni próbowali mnie zatrzymać. To na nic i tak wbiegłam do łazienki, a tam ujrzałam nagą Lawrence, jej śliczne czarne włosy były we krwi, plama krwi była również na rogu wanny. Zakryłam usta dłonią, ten widok był okropny oni ją brutalnie wynieśli myśląc, że nie żyje. Jednak ja czułam jej obecność. Podbiegłam do noszy, złapałam ją za rękę i poszłam z lekarzami do karetki. Modliłam się by jednak została przy życiu.

***
Prolog już się pojawił, mam nadzieję, że was zaciekawił.
Nie chcę pisać powieści jak z bajki, bo to nie jest realny świat.
Po prostu muszę to jakoś zepsuć.

Komentujcie, bo to motywuje!

Lawrence <3